Skyline to niewielka gra kościana, z początku dostępna tylko dla tych, którzy na odpowiednio wysokim poziomie wsparli cegiełkowaną na Kickstarterze grę Ground Floor (naszą recenzję w dziale Planszuffka znajdziesz tutaj). Z początku panowie z Tasty Minstrel Games nie planowali wydawać jej oddzielnie – okazało się jednak, że Skyline dość szybko zaskarbił sobie dość przychylności fanów, by jednak trafić na rynek jako pełnoprawna produkcja.
Tematyka Skyline wiąże się z popularnym ostatnio w grach planszowych „motywem miejskim” – czyli budową miast, dzielnic lub budynków czy tworzeniem prosperujących we spółczesnym, zurbanizowanym krajobrazie firm. Tym razem jednak, w odróżnieniu od takich tytułów jak wspomniany wcześniej Ground Floor czy Urban Sprawl Chada Jensena, mamy do czynienia z grą dość lekką, co nie znaczy, że trywialną.

Wieże z kości… do gry
Niewielkie, ale solidne i całkiem poręczne pudełko Skyline, po otwarciu okazuje się być satysfakcjonująca wypakowanym sześćdziesięcioma specjalnymi kostkami i sporym stosem żetonów, przedstawiających budynki różnej wielkości. Poza powyższym dobrem, w pudełku siedzi jeszcze maleńka plansza, samotna, drewniana kosteczka i krótka instrukcja.
Do wykonania Skyline trudno się przyczepić. Kości, najważniejsza część gry, choć nie za duże są przyjemnie ciężkie, a pojawiające się na nich schematy budynków wyryto i wymalowano, więc nie grozi im szybkie zużycie. O pastelowych żetonach budynków można powiedzieć tyle, że z wdziękiem spełniają swoją funkcję – podobnie jak o instrukcji: krótkiej, czytelnej i dobrze zorganizowanej. Całość razem tworzy naprawdę przyjemne wrażenie, przyciąga wzrok i zachęca do „turlania”.
Stukot toczących się… pięter
Dobre wykonanie to jednak nie wszystko – nawet w przypadku gry tak uroczej z wyglądu jak Skyline chodzi o coś z goła innego. Napędzający malucha od Tasty Minstrel Games mechanizm na szczęście nie zawodzi. A jak konkretnie działa?
W grze chodzi o wznoszenie budynków. Każdy z graczy dokonuje tego rzucając kośćmi, które wybiera z puli ogólnej (zawsze wtedy sięga po dokładnie trzy kostki) albo z „opuszczonej dzielnicy” (w tym przypadku zabiera wszystkie, które się tam znajdują) – miejsca, do którego w trakcie gry trafiają kości, których gracze nie mogli wykorzystać w swojej turze.
Same kości dzielą się na dokładnie trzy typy: fundamenty, piętra i dachy, a budynki, które możemy z nich tworzyć na trzy kolory: fioletowy, niebieski i pomarańczowy. Każdy z budynków ma określoną minimalną oraz maksymalną liczbę pięter, a ilekroć w toku tury zostanie ukończony, na miejsce kości trafia żeton ze stosowną liczbą punktów zwycięstwa. Co ciekawe, w toku trwającej maksimum dziewięć rund rozgrywki, każdy z graczy może przerzucać kości niemal bez ograniczeń. Musi jednak liczyć się z tym, że ilekroć nie będzie w stanie żadnej z nich przypasować do posiadanego już budynku, przyjdzie mu albo coś zburzyć, albo oddać jedną z kości do opuszczonej dzielnicy – czyli na pastwę innych graczy.
Skyline należy do popularnego pośród gier kościanych gatunku „push your luck”. W wolnym tłumaczeniu oznacza on: „próbowanie szczęścia”, a w mechanice gry polega na podejmowaniu decyzji: czy ugraliśmy dość na daną turę, czy może rzucimy kośćmi raz jeszcze, mając nadzieję na większy zysk, ale i ryzykując straty.
Pośród klasycznych gier kościanych za idealny przykład „push your luck” służy Yatzee, znana w Polsce po prostu jako Gra w kości. Przykładami nowocześniejszych tytułów z tej kategorii są – między innymi – Martian Dice czy Dungeon Roll, który niedawno ruszył na Kickstarterze.Wszystko gra… w kości
Rozgrywka w Skyline toczy się szybko i choć z początku gra wydaje się bardzo lekka i – jak na tytuł operujący tak wielka liczbą kości – dość losowa, to jednak kolejne rozgrywki odsłaniają bogactwo interesujących decyzji, które przychodzi nam podejmować z tury na turę. Jedną z nich jest decydowanie o tym, kiedy warto spasować, a kiedy grać dalej, ryzykując konieczność utrudnienia sobie drogi do zwycięstwa lub wspomożenia naszych przeciwników.
Nie będę oszukiwał, Skyline nie jest wielką grą strategiczną, jednak – jak na swe drobne rozmiary – potrafi przyjemnie zaskoczyć jakością zabawy. Poza tym, doświadczony gracz szybko nauczy się efektywnie zarządzać losowością i nawet jeśli owa losowość utrudni mu mocno życie, to rozgrywka jest na tyle krótka, że o rewanż nie będzie trudno.
Czy architekci śnią o kościanych wieżowcach?
Nie wiem, ale jestem pewien, że miłośnikowi nieco lżejszych, acz niegłupich gier kościanych z pewnością powinien zamarzyć się Skyline. Jak wspomniałem powyżej, nie jest to ciężka gra strategiczna na wiele godzin, jednak w swojej raczej lekkiej klasie sprawdza się wprost fantastycznie.
Dlatego właśnie, każdemu, kto lubi gry interesujące i wartkie oraz każdemu, kogo sześćdziesiąt ślicznych kostek ucieszy już na wejściu Skyline polecam jak najserdeczniej. Sam zagrałem weń grubo ponad trzydzieści razy i wciąż mam ochotę na kolejne partie…








