Gry bez prądu to dla mnie prawdziwe odkrycie. Pierwszy raz zetknąłem się z nimi całkiem niedawno, a trochę więcej czasu spędziłem z nimi dopiero na ostatniej zjAvie. Poznałem niezłą karciankę o dziwacznych historyjkach, pokulałem kostkami z Marsa i nawet udało mi się parę razy machnąć taką plastikową siekierą. Dostałem też zaproszenie od dwóch takich, co grają w „eurogry”.
Dobra, powiem prosto z mostu: „eurogry” kojarzyły mi się… właściwie, to z niczym mi się nie kojarzyły. Jeden z członków redakcji, jak pochwaliłem mu się, że będę w takie coś grał, odciągnął mnie na bok i cokolwiek zmartwionym głosem spytał, czy się nie boję. Konkretnie, to chodziło mu o to, czy nie boję się nudy. Odparłem, że inteligentny Smokoń nigdy się nie nudzi i trochę ponad tydzień później ruszyłem na swą pierwszą sesję z eurogrami.

Smokoń i kupa drewna
Spóźniłem się trochę (cholerny śnieg, skrzydła mi oblodziło), więc pierwsza rozgrywka rozpoczęła się zanim przyleciałem. Przy stole siedziało trzech graczy z bardzo marsowymi minami. Uznałem, że poważny wyraz twarzy to podstawowe wymaganie dla eurogry, więc poćwiczyłem trochę w łazience, a potem wróciłem do stołu.
Spoglądając z boku, uznałem również, że eurogry dość łatwo będzie mi w przyszłości rozpoznać – i to nie tylko dzięki facjatom grających. Na stole leżała spora plansza, ozdobiona wcale pokaźnym zbiorem kolorowych, drewnianych krążków, belek i kosteczek. Z tych nieużywanych chciałem nawet zbudować fort, ale jeden z graczy popatrzył na mnie naprawdę złym okiem, więc budowę przerwałem. No, ale fotkę strzeliłem.

Poza drewnem i nasrożoną twarzą, obowiązkowym elementem eurogry wydało mi się też, przeliczanie. Im bliżej było końca gry, tym bardziej gracze wodzili wzrokiem pomiędzy kolejnymi polami na planszy, a nieruchome dotychczas rysy nabierały nieco dynamiki, bo gracze gorączkowo ruszali ustami, okazjonalnie wyszeptując liczby i słowa: „a jeśli…”
Smokoń i pieczenie chleba
Pierwsza partia dobiegła końca, więc zostałem zaproszony do następnej. Jeden z graczy zasugerował, żeby rzucić mnie od razu na głęboką wodę i na stole wylądowało granatowo-pomarańczowe pudło z napisem Agricola. Ucieszyłem się, bo lubię historię starożytną, ale na szczęście tę uwagę zachowałem dla siebie, bo wyszło na to, że bym się strasznie wygłupił.
W Agricoli wcieliłem się w rolę niemieckiego rolnika z XVII wieku. Dostałem planszę mojego gospodarstwa, stos drewnianych krążków, patyków i domków (aha!), a jeden z obecnych wyjaśnił mi zasady. Powiedział też, że gramy w wersję rodzinną gry – i że jest jeszcze kilka innych, bardziej skomplikowanych trybów rozgrywki.

Nie będę kłamał, na początku cała ta Agricola wydawała mi się skomplikowana i… no, niezbyt porywająca. Z rolnictwem miałem tylko tyle wspólnego, że pradziadek był koniem pociągowym, więc i tu trudno mi było szukać jakiegokolwiek oparcia. Na szczęście, sama gra okazała się mniej straszna niż ją malują i do tego całkiem ciekawa. Ustawiałem członków swojej rodziny na różnych polach, a te dawały mi zasoby (fajne, drewniane krążki), dzięki którym rozbudowywałem dom, układałem na swojej planszy pola i piekłem chleb. Zaprzyjaźniłem się nawet z hodowanymi w zagrodzie owcami. Przegrałem, oczywiście – ale od stołu odfrunąłem mile zaskoczony.
Smokoń i Henryk Żeglarz
Godzina była jeszcze młoda, a moi towarzysze całkiem rozochoceni (sam nie wiem, po czym poznałem – patrząc na półkę z grami mieli równie marsowe miny jak w czasie pierwszej rozgrywki), więc na stół trafiła plansza ze stylizowaną mapą świata i czymś, co wszyscy określali „rondlem”. Kiedy opowiadałem potem o spotkaniu Naczelnemu, to zdziwił się, że kolejność grania nie była odwrotna.
Ową „grą z rondlem” był Navegador, opowiadający o zmaganiach odkrywców i handlarzy. Temat trochę bardziej mi się spodobał, bo tym razem, zamiast być zwykłym rolnikiem, mogłem zostać właścicielem całej floty. Cała gra obracała się (ha! – po raz kolejny) wokół wspomnianego rondla, na którym rozmieszczono różne akcje. Zależnie od tego, dokąd przepchnąłem swój pionek, taką akcję mogłem podjąć. Chociaż nie mogłem stawiać go zawsze tam, gdzie chciałem, to Navegador i tak mi się podobał. Dzięki „rondlowi” gracze podejmowali decyzje szybko i przez cały czas czułem się, jakby była moja tura.

Znowu było trochę kombinowania i liczenia, ale – po raz kolejny – budowanie i zbieranie zasobów okazało się zabawą dużo fajniejszą i dużo prostszą niż mogło się to wydawać, patrząc na całą rozgrywkę z boku. Niestety, nie mogłem zaatakować statków żadnego z przeciwników. W sumie bardzo mi to nie przeszkadzało, ale postanowiłem skrupulatnie odnotować kolejną cechę, która ponoć łączy wiele eurogier: nie spuścimy w nich lania przeciwnikowi. Możemy, co najwyżej, zdobyć więcej punktów zwycięstwa.
Smokoń i francuskie miasto (co ma trudną nazwę)
Ostatnią grą wieczoru była Troyes (musiałem sprawdzić, jak to się pisze, bo każdy z obecnych wymawiał to inaczej – robiąc bardzo mądrą minę – a ja zapomniałem strzelić fotkę pudełku z grą). Tym razem znowu wybrałem się do średniowiecza i z ogromnym zdziwieniem odkryłem, że w tej grze jest nie tylko karton i drewno, ale i mnóstwo kolorowych kości – takich do rzucania!
Podobnie jak w Agricoli, gdzie do roboty wysyła się niedożywionych członków rodziny, tak i tutaj zacząłem ze stosem podwładnych – tym razem w postaci drewnianych ludzików. Grało się jednak inaczej – i nie chodzi tu tylko o to, że wysłany dokądś ludzik nie wracał do mnie od razu. Przede wszystkim jednak, gra była inna, bo… rzucałem w niej kostkami!

Podobnie jak w poprzednich grach, nie mogłem tak po prostu kogoś zaatakować. Żeby dopiec innych graczom, musiałem szukać mniej bezpośrednich sposobów – wyprzedać ich ruchy, podbierać ich kostki, zajmować swoimi ludźmi miejsca, które oni chcieli zająć.
Jednak, najważniejszą rzeczą w Troyes były dla mnie kości. Były pierwszym znakiem losowości, na jaki trafiłem i – jak to wyjaśnili mi współgracze – czymś, czego w eurograch jest zawsze jak najmniej, bo chodzi przede wszystkim o to, by „jakieś głupoty nie zepsuły nam planów”.

Smokoń kupuje eurogrę
Po partii Troyes poleciałem do domu, by tam na spokojnie zebrać myśli. Oto, do czego doszedłem:
Eurogry często wydają się naprawdę skomplikowane, a czasem i czasochłonne. Rzeczywiście, w ciągu kilku ostatnich dni dowiedziałem się o tytułach takich jak Caylus, Brass czy Dominant Species. Można spędzić nad nimi mnóstwo czasu, ale można też znaleźć i takie, które rozegramy dość szybko (jak na przykład Lords of Waterdeep – ale o niej napisał już nasz Naczelny, więc nie będę się rozwodził). Nietrudno znaleźć tytuł dobry dla początkującego eurogracza – i wejść w świat gier, które wymagają chwili zastanowienia.
Eurogry często świetnie nadają się dla rodzin lub tych graczy, którzy nie lubią atakować się nawzajem. Jednym to się spodoba (w łatwiejsze eurogry można zagrać z rodziną!), a innym – nie. Każdy, kto zamiast strzelać, rzucać czary czy ziać ogniem woli liczyć, powinien przyjrzeć się eurogrom – może spodobają mu się tak, jak mnie.
Eurogry opowiadają o różnych rzeczach – ale są do siebie podobne. Bez względu na to, czy rozwijam gospodarstwo, czy walczę o władzę w średniowiecznym mieście, robię podobne rzeczy. Co ciekawe, niektórym eurogrom można by zupełnie zmienić temat (zamiast średniowiecznego miasta – choćby hodowanie smoków) i gra nadal miałaby tyle samo sensu.
Eurogry zwykle polegają na budowaniu, tworzeniu, przerabianiu zasobów – a wszystko to, by zdobywać punkty zwycięstwa. Oznacza to, że wygrywa ten, kto wykonuje ruchy najbardziej opłacalne – najlepiej rozbudowuje lub najsprytniej handluje. Kto ma do tego smykałkę, poczuje się jak ryba w wodzie.

Co dalej, Smokoniu?
Kilka dni temu dostałem kolejne zaproszenie – tym razem mam spróbować gier amerykańskich, ponoć zupełnie innych. Zobaczymy, jak mi pójdzie. Póki co – dajcie mi znać, jak podobają się wam moje spostrzeżenia.






Świetny artykuł! Napisany z jajem, bardzo fajnie przybliża eurogry początkującym.
1. Pan Edward umie posługiwać się polszczyzną. Nie boi się długich, pięknie zbudowanych zdań. Lubi bawić się słowem, pieścić je, dzielić się nim. I za to należy się pochwała.
2. Niestety Pan Edward leje wodę na potęgę, czyli para się pisaniem lekkim, łatwym i przyjemnym, ale w gruncie rzeczy o niczym. Nie potrafię wskazać nic interesującego i wartościowego, co mógłbym wynieść po lekturze powyższego tekstu.
3. Podmiot liryczny przybrawszy postać smoka może i był intrygujący na początku, może i lekko zabawny po pierwszym akapicie, ale na dłuższą metę jest irytujący. Całościowo brzmi to jak lekko zdziecinniały dorosły człowiek, który nagle odkrył tajny schowek z zabawkami. Brakowało tu tylko krótkiego filmiku, na którym czyjaś ręka trzyma figurkę smoka i usiłuje „zagadywać” inne figurki na planszy. W tle rozlegla się zmodulowany głos z tekstem w stylu: „dziewica albo życie!”
Czy autorzy bloga naprawdę chcą iść w tę stronę?
p.s. Moje uwagi nie mają charakteru wycieczki osobistej. Są li tylko oceną wrażeń jakie pozostawił po sobie powyższy tekst. Wynika to z pewnej dozy rozczarowania, co do niskiego poziomu merytorycznego zawartych w nim treści.
Przekażę Edwardowi pochwałę zdolności pisarskich. Z pewnością się ucieszy. Pod jego nieobecność pozwolę sobie odpowiedzieć na kilka podniesionych w komentarzu punktów.
Po pierwsze: teksty Smokonia są przeznaczone dla bardzo początkujących graczy. Ich specyficzny humor może rozbawić i tych bardziej doświadczonych, ale nie oni (czyli nie Pani/Pan) są ich właściwym odbiorcą. Serdecznie zapraszam do działu Planszuffka – tam publikujemy recenzje cięższych tytułów, dłuższe, dużo bardziej analityczne.
Po drugie: z uwagi na powyższe, muszę niestety zgłosić sprzeciw wobec sposobu skrytykowania powyższego artykułu. Smokoń jest osobnikiem, który właśnie trafił na „tajny schowek z zabawkami”. Proszę przypomnieć sobie odczucia związane z poznawaniem pierwszych nowoczesnych gier planszowych – od czego z pewnością w Pani/Pańskim życiu minęło już kilka lat. Podkreślę raz jeszcze: powyższy tekst przeznaczony jest dla graczy naprawdę początkujących.
Po trzecie: nie odbieram nikomu prawa do krytykowania naszych tekstów, ale jednak jestem zdania, że w powyższej notce absolutnie nie brakuje „krótkiego filmiku, na którym czyjaś ręka trzyma figurkę smoka”. Odrobina poczucia humoru nie oznacza od razu, że prezentująca je osoba stacza się po jakiejś równi pochyłej. Odpowiadając zatem na Pani/Pańskie pytanie: autorzy serwisu (a nie bloga) chcą iść w wiele stron (bo forma serwisu bazuje na różnorodności) – między innymi i w tę, która stoi frontem do graczy początkujących.
Po czwarte (i ostatnie): upraszam o niemylenie pojęć. Poziom merytoryczny powyższego tekstu daleki jest od niskiego (jeśli ma Pani/Pan inne zdanie, zapraszam do podania przykładów błędów merytorycznych lub nieścisłości). Jeśli pójść Pani/Pańskim tokiem rozumowania, to niski poziom merytoryczny prezentują też elementarze pierwszoklasistów, bo zamiast analizować wpływ „Boskiej Komedii” na postrzeganie człowieka jako jednostki w dążącej ku renesansowi Europie, uczą jak pisać literki i twierdzą, że Ala ma kota. Rozumiem, że poszukującego bardziej wciągającej lektury elementarz nie usatysfakcjonuje – absurdem jest jednak (po zobaczeniu okładki) oczekiwać, że znajdzie się w nim cokolwiek ponad to, co owa okładka zapowiada.