20130502_medieval_mastery

recenzje

Gdzie królów sześciu, tam kości chmara

Recenzja gry Medieval Mastery

Niełatwo znaleźć dziś grę, która – nie należąc stricte do gatunku rozrywek imprezowych – jest w stanie zebrać przy stole aż sześciu graczy tak, by nie wyciąć im z życia dobrych trzech godzin i nie zmusić ich do znalezienia sobie stołu wielkości małego lotniska. To zadanie niełatwe, ale nie niemożliwe – od czasu, gdy pojawiła się Medieval Mastery.

Dziękujemy wydawnictwu Chaos Publishing za udostępnienie egzemplarza gry do recenzji.

Są kości, nie ma rzutów

Po otwarciu wyjątkowo solidnego pudełka Medievla Mastery miłośnik gier kościanych z pewnością odczuje przyjemne uczucie ekscytacji. Poza czterema instrukcjami do gry, sporym bloczkiem kart i stosem grubych, kolorowo zilustrowanych, heksagonalnych kafli znajdziemy bowiem imponującą chmarę sześciennych kości w (a jakże) sześciu kolorach graczy.

Niestety, już kilka pierwszych chwil z instrukcją ujawnia, że z kośćmi rzucać będziemy niezmiernie rzadko. W większości służyć nam będą za znaczniki, dzięki którym z łatwością będziemy zwiększać lub zmniejszać liczbę jednostek bojowych przebywających w danej lokacji. Choć pomysł to w sumie całkiem niezły (dużo lepszy niż kolekcjonowanie stosów żetonów – jednostek w grze będziemy mieli z reguły naprawdę sporo), to jednak czasem szkoda trochę, że tak piękny stos kości nigdy nie potoczy się po blacie w pełni swej sześciennej chwały.

Kostki
Kości – tym razem nie do rzucania.

Są rycerze, nie ma kupców

Założenia rozgrywki w Medieval Mastery są naprawdę proste. Po losowym rozstawieniu pola gry, składającego się z sześciokątnych płytek, każdy z graczy otrzymuje początkową liczbę rycerzy (czyli jednostek bojowych, których liczbę odliczamy kropkami na kościach), trzy artefakty oraz startową rękę kart ze swojej talii.

W swojej turze, gracz otrzymuje trzech rycerzy, których umieszcza na kafelku symbolizującym zamek. Następnie, przemieszcza swoich dzielnych wasali po zdobytych wcześniej polach, a na końcu: atakuje nowe terytorium. Jeśli nie należy ono do innego gracza, zajmuje je bez problemów. Jeśli ktoś zdążył już przyłączyć je do swego królestwa – dochodzi do bitwy.

Bitwa to kwestia nieskomplikowana, a jej struktura weteranom gier bez prądu może wydać się zaskakująco znajoma. Każdy z graczy wybiera jedną z posiadanych kart – zwykle znajduje się na niej wartość liczbowa – którą po ujawnieniu dodaje się do liczby posiadanych na spornym polu rycerzy. Następnie, strona z niższym wynikiem może dograć jeszcze kartę premii (co powtarza się, aż obaj gracze spasują). Zwycięzca przejmuje władzę nad spornym kafelkiem – a pokonany musi się wycofać oraz stracić część swoich rycerzy.

Karty
Karty – opisy służą tylko jako wyjaśnienia symboli, co czyni Medieval Mastery grą niezależną językowo.

Są intrygi, nie ma przestojów

Tury w Medieval Mastery zwykle toczą się dość szybko, choć wraz ze wzrostem liczby graczy, delikatnie wzrasta również ich długość. Sytuacja z początku mało napięta, potrafi szybko się zaostrzyć, gdy gracze walczyć będą ze sobą o terytoria. Warto dodać, że to właśnie one – a dokładnie ich wartość w punktach zwycięstwa – decydują o tym, kto z potyczki wróci z tarczą.

Poza czysto przestrzennym aspektem gry, drugą jej płaszczyznę tworzą karty: zarówno te w taliach graczy, jak i leżące przed nimi artefakty. Te pierwsze, wykorzystywane w bitwach, ale i poza nimi (na przykład dla zwiększenia liczby otrzymywanych rycerzy), stanowią niezmiernie ważny zasób, o który bardzo trudno, bo gracze nie otrzymują ich co turę automatycznie. Te drugie, stale widoczne na stole, pozwalają łamać reguły gry, a w każdej rozgrywce tworzą unikalny komplet specjalnych zdolności, posiadanych przez każdego gracza.

Kafelki
Kafelki terenu rozkładane losowo przed każdą partią.

Są starcia, jest zabawa

Medieval Mastery zaskakująco dobrze działa zarówno przy minimalnej, jak i przy maksymalnej liczbie graczy. W tym pierwszym przypadku będziemy mieć do czynienia z taktyczną grą o dyskretnym uroku „bójki na noże w budce telefonicznej”. Im więcej dodamy uczestników, tym większą rolę zacznie odgrywać dyplomacja – czy raczej: bezczelne intryganctwo.

OkładkaKomu ta druga opcja zapachniała grą Cosmic Encounter, ten się bardzo nie myli. Bitwy rozgrywa się bardzo podobnie, a ogólna atmosfera Medieval Mastery jest dość zbliżona do tej, którą czuje się grając w kosmiczne starcia bardzo dziwnych ufoludków. Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że Medieval Mastery jest pozycją, w którą można zagrać we dwie osoby – i pod wieloma względami jako gra dwuosobowa sprawdza się całkiem nieźle.

Nie polecę Medieval Mastery nikomu, kto nie lubi gier wysoce konfliktowych, w których całość radosnego kombinowania skupia się na wykiwaniu i bezlitosnym pokonaniu wrogów. Nie polecę jej także miłośnikom spokojnych, przemyślanych tytułów, premiujących długofalowe strategie. Co więcej, zdecydowanie odradzam ją grupom, w których łatwo o eskalację konfliktów poza planszę.

Komu zatem może się spodobać? Graczom, którzy lubią wysoce konfliktowe tytuły i którzy w ich bezlitosnym środowisku czują się jak ryba w wodzie. Medieval Mastery doskonale nadaje się również na mini turniej – bo sześciu graczy może zagrać równocześnie w trzech parach, w dość krótkim czasie urządzając sobie mikro-ligę. Jeśli natomiast ktoś ma na półce Cosmic Encounter, również może zainteresować się debiutancką grą Chaos Publishing – choćby po to, by znaleźć godną alternatywę dla starego, utytułowanego mistrza gatunku.

Autor

Błażej Kubacki

Miłośnik lit­er­atury, his­torii, fan­tastyki, gier fab­u­larnych i – oczy­wiś­cie – plan­szowych oraz kar­cianych. Autor blogu Plan­szuf­fka i redak­tor naczelny ser­wisu grybezprądu.pl.