Niełatwo znaleźć dziś grę, która – nie należąc stricte do gatunku rozrywek imprezowych – jest w stanie zebrać przy stole aż sześciu graczy tak, by nie wyciąć im z życia dobrych trzech godzin i nie zmusić ich do znalezienia sobie stołu wielkości małego lotniska. To zadanie niełatwe, ale nie niemożliwe – od czasu, gdy pojawiła się Medieval Mastery.
Są kości, nie ma rzutów
Po otwarciu wyjątkowo solidnego pudełka Medievla Mastery miłośnik gier kościanych z pewnością odczuje przyjemne uczucie ekscytacji. Poza czterema instrukcjami do gry, sporym bloczkiem kart i stosem grubych, kolorowo zilustrowanych, heksagonalnych kafli znajdziemy bowiem imponującą chmarę sześciennych kości w (a jakże) sześciu kolorach graczy.
Niestety, już kilka pierwszych chwil z instrukcją ujawnia, że z kośćmi rzucać będziemy niezmiernie rzadko. W większości służyć nam będą za znaczniki, dzięki którym z łatwością będziemy zwiększać lub zmniejszać liczbę jednostek bojowych przebywających w danej lokacji. Choć pomysł to w sumie całkiem niezły (dużo lepszy niż kolekcjonowanie stosów żetonów – jednostek w grze będziemy mieli z reguły naprawdę sporo), to jednak czasem szkoda trochę, że tak piękny stos kości nigdy nie potoczy się po blacie w pełni swej sześciennej chwały.

Są rycerze, nie ma kupców
Założenia rozgrywki w Medieval Mastery są naprawdę proste. Po losowym rozstawieniu pola gry, składającego się z sześciokątnych płytek, każdy z graczy otrzymuje początkową liczbę rycerzy (czyli jednostek bojowych, których liczbę odliczamy kropkami na kościach), trzy artefakty oraz startową rękę kart ze swojej talii.
W swojej turze, gracz otrzymuje trzech rycerzy, których umieszcza na kafelku symbolizującym zamek. Następnie, przemieszcza swoich dzielnych wasali po zdobytych wcześniej polach, a na końcu: atakuje nowe terytorium. Jeśli nie należy ono do innego gracza, zajmuje je bez problemów. Jeśli ktoś zdążył już przyłączyć je do swego królestwa – dochodzi do bitwy.
Bitwa to kwestia nieskomplikowana, a jej struktura weteranom gier bez prądu może wydać się zaskakująco znajoma. Każdy z graczy wybiera jedną z posiadanych kart – zwykle znajduje się na niej wartość liczbowa – którą po ujawnieniu dodaje się do liczby posiadanych na spornym polu rycerzy. Następnie, strona z niższym wynikiem może dograć jeszcze kartę premii (co powtarza się, aż obaj gracze spasują). Zwycięzca przejmuje władzę nad spornym kafelkiem – a pokonany musi się wycofać oraz stracić część swoich rycerzy.

Są intrygi, nie ma przestojów
Tury w Medieval Mastery zwykle toczą się dość szybko, choć wraz ze wzrostem liczby graczy, delikatnie wzrasta również ich długość. Sytuacja z początku mało napięta, potrafi szybko się zaostrzyć, gdy gracze walczyć będą ze sobą o terytoria. Warto dodać, że to właśnie one – a dokładnie ich wartość w punktach zwycięstwa – decydują o tym, kto z potyczki wróci z tarczą.
Poza czysto przestrzennym aspektem gry, drugą jej płaszczyznę tworzą karty: zarówno te w taliach graczy, jak i leżące przed nimi artefakty. Te pierwsze, wykorzystywane w bitwach, ale i poza nimi (na przykład dla zwiększenia liczby otrzymywanych rycerzy), stanowią niezmiernie ważny zasób, o który bardzo trudno, bo gracze nie otrzymują ich co turę automatycznie. Te drugie, stale widoczne na stole, pozwalają łamać reguły gry, a w każdej rozgrywce tworzą unikalny komplet specjalnych zdolności, posiadanych przez każdego gracza.

Są starcia, jest zabawa
Medieval Mastery zaskakująco dobrze działa zarówno przy minimalnej, jak i przy maksymalnej liczbie graczy. W tym pierwszym przypadku będziemy mieć do czynienia z taktyczną grą o dyskretnym uroku „bójki na noże w budce telefonicznej”. Im więcej dodamy uczestników, tym większą rolę zacznie odgrywać dyplomacja – czy raczej: bezczelne intryganctwo.
Komu ta druga opcja zapachniała grą Cosmic Encounter, ten się bardzo nie myli. Bitwy rozgrywa się bardzo podobnie, a ogólna atmosfera Medieval Mastery jest dość zbliżona do tej, którą czuje się grając w kosmiczne starcia bardzo dziwnych ufoludków. Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że Medieval Mastery jest pozycją, w którą można zagrać we dwie osoby – i pod wieloma względami jako gra dwuosobowa sprawdza się całkiem nieźle.
Nie polecę Medieval Mastery nikomu, kto nie lubi gier wysoce konfliktowych, w których całość radosnego kombinowania skupia się na wykiwaniu i bezlitosnym pokonaniu wrogów. Nie polecę jej także miłośnikom spokojnych, przemyślanych tytułów, premiujących długofalowe strategie. Co więcej, zdecydowanie odradzam ją grupom, w których łatwo o eskalację konfliktów poza planszę.
Komu zatem może się spodobać? Graczom, którzy lubią wysoce konfliktowe tytuły i którzy w ich bezlitosnym środowisku czują się jak ryba w wodzie. Medieval Mastery doskonale nadaje się również na mini turniej – bo sześciu graczy może zagrać równocześnie w trzech parach, w dość krótkim czasie urządzając sobie mikro-ligę. Jeśli natomiast ktoś ma na półce Cosmic Encounter, również może zainteresować się debiutancką grą Chaos Publishing – choćby po to, by znaleźć godną alternatywę dla starego, utytułowanego mistrza gatunku.






