Temat wykluł się sam, przy okazji organizowanie przeze mnie turnieju Infinity na LuzkonieIV. Gdy zapraszałem znajomych, często powtarzała się odpowiedź – „Wpadłbym, ale nie gram turniejowo, tylko dla przyjemności (lub dla funu, towarzysko, klubowo, itp.).” – Rodzi się, więc pytanie. Skąd w narodzie przekonanie, że granie turniejowe nie jest towarzyskie i nie wiąże się z dobrą zabawą? Na ten temat dziś słów kilka.
Charakterystyczne jest, że większość z tych osób jest w podobnym do mnie wieku i przeszło pewnie podobną drogę. Zaczynaliśmy od grania w Warhammer Fantasy Battle i Warmammera 40k. Grywaliśmy w tych samych turniejach, narzekaliśmy na podobne problemy – a było na co narzekać. Mam wrażenie, że rodzący się wargaming przechodził okres Dzikiego Zachodu. Turnieje były męczące, hałaśliwe i na swój sposób brutalne.
Zdarzali się gracze z niesamowitym parciem na wynik. Tacy, którzy potrafili naprawdę popsuć zabawę. Naginali zasady, oszukiwali, próbowali nadinterpretować zapisy czy tworzyć własne interpretacje. Gdy to nie odnosiło skutku, starali się po prostu zakrzyczeć przeciwnika. Generalnie, problem tworzyli ludzie, którzy zapomnieli, że hobby ma sprawiać przyjemność – że gramy dla przyjemności i staramy się wygrać, a nie odwrotnie.

Pewnie w każdym środowisku graczy zdarzają się takie osoby. Grałem w kilka systemów i wśród graczy zawsze trafił się ktoś, kto musiał udowodnić za wszelka cenę swoją wyższość. Mam jednak wrażenie, że istniała ogromna różnica w podejściu środowiska do takich zjawisk. Na szczęście wśród graczy, z którymi spotykam się obecnie, takie postawy są rzadkie i piętnowane. Nie są już traktowane jako „skutek uboczny” współzawodnictwa. Staramy się omijać takich ludzi z daleka, choć, najwyraźniej, jakaś „trauma turniejowa” pozostała.
Oczywiście, żadna gra nie jest wolna od współzawodnictwa, ale nie o to przecież chodzi. To tylko kwestia podejścia. Zauważyłem, że mniej popularne systemy jakoś mniej przyciągają „spawaczy leveli” i „ekstremalnych powergamerów”. Ten ostatni termin trzeba zresztą będzie kiedyś rozwinąć, ale to całkiem inny temat. Może to kwestia powszechności, a może po prostu tacy ludzie wolą ukryć się w tłumie. Duże imprezy, duże turnieje, są zwykle wystarczająco oblegane. No i sędziowie nie są w stanie kontrolować wszystkich jednocześnie – a warto dodać, że postawienie sędziego przy takim graczu to najczęściej skuteczna metoda. No chyba, że sędziemu też zacznie udowadniać swoją wyższość, choć to już przypadek ekstremalny, z którym doświadczony arbiter powinien poradzić sobie bez problemu.

Dużo napisałem o retrospekcjach, a miało być o „lęku turniejowym”. Jak sobie radzić? Moim zdaniem, uwierzyć nieco w graczy i organizatorów – oraz reagować na przejawy psujących zabawę postaw. W razie wątpliwości warto spokojnie zaznaczyć, że coś wam nie pasuje. Przeciwnik zgarnia kości nim zobaczycie wynik, wykonuje dziwne manewry z wynikami czy mierzy odległość, kiedy nie powinien tego robić? Wystarczy powiedzieć, że to nam nie pasuje. Jeśli nie przestaje – należy wezwać sędziego i poprosić o pomoc. Jeśli nie mamy pewności co do interpretacji zasad – należy wezwać sędziego i poprosić o pomoc. Nie dajmy sobie wmawiać, że to „opóźnia grę” czy, że marnujemy czas. Taka konsulatacja przyda się i wtedy, gdy przeciwnik upiera się przy osobliwej interpretacji zasad. Jak poprzednio, w takiej sytacji, należy wezwać sędziego i poprosić o pomoc. To właśnie najskuteczniej rozwiązuje problemy… A i sędzia będzie miał wtedy oko na „kreatywnego” gracza

Druga sprawa, która zdaje się odstraszać, to pytanie: „Czy nie jestem zbyt początkującym graczem, by wybierać się na turniej?”
Oczywiście, że… to zależy. Zależy od środowiska i od systemu. Nie polecałbym bez dobrego ogrania i znajomości zasad wchodzić na turniej WHFB, WH40k. Z Warmachine i martwą już chyba dziś Confrontation bywało różnie. Natomiast, jeśli chodzi o Infinity, Dystopian Wars, czy Ogniem i Mieczem, to myślę, że znając podstawy, można spokojnie włączyć się do gry. Turnieje są najlepszym miejscem żeby ograć się, poznać dobrze zasady, różne armie i style gry. Pewnie, że za pierwszym razem nie wyjdziecie z trofeum, ale z pewnością wyniesiecie sporo przydatnych doświadczeń i kontaktów.
Tego typu imprezy, to też dobre miejsce żeby poszerzyć swoją „bazę przeciwników”, czy poznać miejsca, gdzie można dobrze zagrać. Można się też zorientować w liczebności, zorganizowaniu graczy, a przede wszystkim, czy odpowiada nam atmosfera na imprezach i towarzystwo. Jeśli nie, to warto zmienić środowisko. Może należy wówczas poszukać innego klubu czy sklepu, a czasem niestety systemu.
Niemniej uważam, że turnieje to jednak istotny element życia wargamingowego i nie warto ich całkowicie skreślać, zamykając się w znanym towarzystwie. Warto wyjść z klubu czy grupy grających znajomych. Albo jeszcze lepiej, wyjść razem z nimi na turniej.
Czego sobie i wam życzę.









W sumie podpisuję się pod artykułem, choć chciałbym również coś dołożyć. Niestety graczy zniechęcających do grania będzie zawsze trochę i na to nie poradzimy, stąd granie w towarzystwie znajomych jest zawsze najbezpieczniejsze. I niestety myślę, że często wcale nie idzie tutaj o sytuacje tak skrajne jak graczy próbujących oszukiwać, zakrzykiwać innych czy po prostu zachowujących się jak po amfetaminie, które to tak celnie powyżej opisałeś. Mechniki gry, często są dość złożone i niestety najgorszym przypadkiem do stawienia mu czoła było zawsze spotkanie się z człowiekiem, którego jedynym celem jest zhakowanie gry i wygranie w ten sposób. Bez oszukiwania, bez naciągania zasad, bez jakiegokolwiek klimatu, dla którego gram z przyjaciółmi. Tak było w Warhammerach, tak widywałem granie w Infinity, trochę mniejszy problem był w grach historycznych, z oczywistych powodów, ale i tutaj występował.
Po co mam pójść na turniej z moją dopieszczoną i wymyśloną, klimatyczną armią, żeby po drugiej stronie stołu spotkać człowieka, który do boju prowadzi żyletę special-commando, stworzoną w zgodzie z zasadami, rzucającą dziesiątkami kości wobec moich kilku, właściwie pokonującego mnie zanim w ogóle ruszę swoje oddziały? Jak pokonać tak pleniące się naganne zachowania, które przecież w obliczu księgi zasad nie są niczym dyskwalifikującym?
Druga maleńka sprawa, którą tutaj poruszę, to rzecz, która mnie osobiście zawsze smuciła. Trochę nawiązuje do „gram ze znajomymi”. Gracze rzadko mają ochotę ruszyć z domu cztery literki i pojechać w świat. Uciążliwość, koszty, czas który trzeba poświęcić, to wszystko wytłumaczenia takiego stanu rzeczy. Niestety kiedy dzieje się to w drugą stronę i nikt nie przyjeżdża z poza miasta na turniej organizowany przez rodzimy klub, wtedy jest trochę żalu, że tak się postaraliśmy a są tylko głównie Ci co zawsze. Ten problem trochę zanika, ale niestety nadal jest obecny. Wypad 300 km od domu na turniej raz na trzy miesiące, to często zbyt dużo dla polskiego gracza. Lepiej pograć ze znajomym, towarzysko…
Konfrontacja była całkiem otwarta na nowych, na turniejach. Co prawda z ich wynikami bywało różnie ale za moich czasów powergaming był zupełnie nieagresywny już i sprowadzał się tylko do rozpisek a nie naginania rozgrywki.
W kwestii zależności między wielkością systemu a występowaniem problemowych graczy to stawiałbym na zwyczajną opłacalność takowego przedsięwzięcia. W małym turnieju zwyczajnie nie ma się zwykle o co kłócić, natomiast im więcej graczy tym i budżet większy.
Z drugiej strony niestety agreswny powergaming to coś z czego się nie wyrasta niestety, a przynajmniej jest to bardzo trudne. Widziałem więc i weteranów większych systemów, którzy nauczywszy się przetrwania w warunkach ekstremalnych, zmieniali system i kosili niewzruszeni i w czteroosobowych turniejach promocyjnych.
@Tsar
Tępienie powergamingu rozpiskowego wydaje mi się jednak lekką przesadą. Oczywiście wszystko tutaj zależy od systemu więc powiem jakie mam zdanie w obu przypadkach.
Są faktycznie kombo systemy czy mechaniki tak zakleszczone, że siedząc nad rozpiską tydzień da się wykręcić rzeczy prawdziwie paskudne. Rozczulanie się w tego typu grach nad fabułą, flufem czy klimatem jest równie sensowne co „klimatyczne” granie w Magic the Gathering, D&D czy wreszcie szachy. To są zwyczajnie gry czysto mechaniczne i jako takie nie powinny nawet udawać, że mają tło fabularne. Szachy jak widać nie udają i na nie nikt jeszcze nie narzekał.
Drugą kategorią są gry bardziej przemyślane. Gdzie faktycznie z powodzeniem można zagrać większością rozpisek, a nawet te skrajnie wydumane da się w ten czy inny sposób pokonać. Po prostu systemy, które w ten czy inny sposób blokują powergaming rozpiskowy i umozliwiają całkiem sensowne dobieranie armii po preferencjach a nie samych zasadach.
Zresztą tutaj też są po prawdzie dwie szkoły. Pierwsza to taka jak w rodzimym NST, gdzie nacisk na samą taktyczność i złożoność rozgrywki jest tak duży, że statystyki samych modeli mają niemal drugorzędne znaczenie. Grając w „Neuro” wielokrotnie byłem zaskoczony tym, jak płynny jest tam balans przez wzgląd na stosunkowo niewielkie różnice w statystykach jednostek kompletnie zanikające pod naprawdę znaczącymi modyfikatorami wynikającymi z podjętych akcji czy wykorzystania makiety. Przy takim założeniu lekką ręką daję rękę, że jeżeli na turnieju spotka się najlepszy gracz z najsłabszym, to spokojnie mogą zamienić się rozpiskami a wynik i tak będzie przesądzony na korzyść lepszego zawodnika.
Drugą szkołą jest to co próbujemy osiągnąć w Wojnacji, czyli konsekwentne blokowanie i eliminowanie niezamierzonych kombosów i kwiatków zasadowych. Takie rzeczy są co prawda idealne marketingowo (LOTR strasznie tego dowodził swego czasu) ale z punktu widzenia samej grywalności są zwykłymi wadami systemu. Tyle tylko, że w zróżnicowanym statystykami i zdolnościami systemie nie da się nijak uniknąć możliwości niejako celowego skonstruowania rozpiski zauważalnie słabszej. Jeżeli gracz nabierze do rozpiski samych specjalistów czy kompletnie nie działające ze sobą jednostki to nawet najlepsze chęci autorów nie będą tu w stanie pomóc ;P