20130725_felieton1_shutup

publicystyka

Hype

Czy wszyscy jesteśmy ćpunami?

Mam kolegę, nazwijmy go Jarek, który zbiera buty. Nie jakieś tam zwykłe buty, ale specjalne, sportowe, do koszykówki. Ma ich pełną szafę i co i to raz kupuje kolejną parę, opisując szczegółowo na Facebooku ich fason, kolor i inne bardzo istotne szczegóły. Do tego oczywiście fura zdjęć i mnóstwo ochów i achów. Co więcej, bywa, że czekając na jakiś nowy model wpada w swoisty kolekcjonerski (nie bójmy się tego słowa) stupor, wylewając publicznie swe żale i tęsknoty.

Oczywiście, Jarek jest obiektem wielu żartów, w tym moich. Że wariat, świr, że ma butów więcej niż jego dziewczyna, że lubi przebieranki i że na dźwięk słów „nowe Jordany” dostaje ślinotoku. Kiedy opowiedziałem tę historię mojej Ani, spojrzała tylko na mnie dziwnie, jakoś tak smutno kiwając przy tym głową. Muszę przyznać, że spodziewałem się raczej wybuchu śmiechu i wspólnego szydzenia z „szalonego”. Zamiast tego dostałem okazję do delikatnej autorefleksji. Pozwolę sobie podzielić się z Wami wnioskami.

Zacznijmy od początku. Siedzisz w pracy, niewiele się dzieje, z nudów przeglądasz forum, Facebooka. Nagle, ktoś umieszcza informację o tym, że Stefan Feld/Vlaada Chvatil/Twój Ulubiony Autor wypuszcza nową grę. Za pół roku na targach w Essen będzie do stestowania, ale już na Kickstarterze można składać zamówienia. Sprawa wydaje się godna zainteresowania, klikasz (o, nieszczęsny!) w podany link na BGG i zaczynasz czytać. Rzut oka na opis gry („Worker Placement”, „Set Collection” i na wszelki wypadek jeszcze „Bidding”). Cóż, ten worker placement to jeszcze jak cię mogę, ale set collection? Bidding? No niekoniecznie. Ale w sumie nie jest to takie ważne, w końcu to Ten Autor. Czytamy dalej. Opis gry. Żuczki i biedronki (jak oryginalnie!) biją się o prymat w leśnym runie. Kto pierwszy zbuduje ogrodzenie z siedmiu gałązek? Kto pierwszy wykopie najgłębszy tunel? I wreszcie, kto spełni żądania wojowniczych mrówek?
20130725_felieton1_preorder
Te pytania są tak intrygujące, że aż trzeba kliknąć w link do Kickstartera. A tam, wiadomo, feeria barw, piękne wideo z zabawnym komentarzem Autora, kolejne poziomy kwot, za które można otrzymać jeszcze więcej zabawy! Na przykład pudełko pokryte mchem a nie tekturą, specjalną koszulkę (z motywem żuka lub biedronki, do wyboru!), a nawet dedykowane kostki w kolorach leśnych zwierzątek! Zaczynasz czuć znajome mrowienie pod palcami, przeglądasz ceny poszczególnych wersji zakupowych. No tak, przesyłka z Londynu do Warszawy będzie co prawda kosztować dodatkowe 22 funty, ale czym to jest w porównaniu z wyjątkowym produktem, tą niesamowitą grą, którą zaraz będziesz mógł zamówić i już za pół roku będziesz miał ją w rękach! Tym wyjątkowym tytułem, którego brakuje w Twojej stutrzydziestodwupudełkowej kolekcji (nie licząc dodatków!). Tym tytułem… o którym nie wiesz tak naprawdę nic. Zero. Null. Niente.
20130725_fel1_hype3
Grał ktoś w Archipelago? Albo w Slavikę? Rialto? Dodatek Taniec ze Smokami do AGOT? Wszystkie te tytuły elektryzowały większe bądź mniejsze części naszego środowiska. Każdy chciał je kupić, mieć, postawić na półce. No i grać, oczywiście, grać, przecież nie kupujemy gier po to, żeby stały na półce, prawda? No, niech będzie, że zwykle prawda. Albo chociaż często. Ale to temat na inny felieton.

Wracając do tematu: Mój kolega Jarek kupuje buty i to jest zabawne. Ja kupuję pudełka z kolorowymi kosteczkami i kartami i to jest hobby. Poważna sprawa. Mam zainteresowania i to ciekawe, rozwijające, pozwalające na budowanie relacji. Najlepsze. Prawda?

Nieprawda. Jestem takim samym świrem, geekiem, pomyleńcem, jak Jarek. Tylko samego siebie łatwiej mi usprawiedliwić. Wydawcy kuszą nas co chwila nowościami, które często są tylko zafoliowanymi pustakami. Ale wiedzą przecież, że jesteśmy uzależnieni od rozrywania tej folii, od charakterystycznego dźwięku, jaki wydaje nieco przyciasne wieczko zdejmowane z nowego pudełka. Od przebierania drżącymi z ekscytacji palcami elementów w firmowo dołączonych torebkach strunowych. Od wypychania tych cholernych żetoników z tych cholernych tekturowych wyprasek. Jesteśmy ćpunami. To chyba większość z nas wie. Ale mimo to dajemy się ciągle łapać na ten sam haczyk.

Hype. To słowo oznacza w skrócie „niczym nieusprawiedliwiony, lemingowaty ciąg na nowość, o której nic nie wiemy, ale się nią jaramy, bo wydaje się nam, że będzie super”. A tak naprawdę to słowo maskuje naszą podatność na dobrze prowadzony marketing, politykę cenową, czy wykorzystanie nazwiska projektanta. Przy całej tej naszej osławionej inteligencji (w gry planszowe grają przecież ci inteligentniejsi!) jesteśmy kompletnie bezbronni w starciu z kolejną działką naszego narkotyku. Nie potrafimy się oprzeć pokusie skorzystania z „wyjątkowej okazji”, „limitowanej oferty” albo „przedpremierowego zamówienia”. Na naszych półkach pojawiają się gry, które są kiepskie, dodatki, które psują balans gry, tytuły, które po przeczytaniu instrukcji okazują się być po prostu niedopracowane, niegrywalne, złe.

Hype to wybuchowa mieszanka reklamy i naszego uzależnienia. Nie potrafimy sobie z nią radzić i pewno nigdy się tego nie nauczymy. Zawsze będziemy kupować gnioty, które ktoś nam będzie skutecznie wciskał, licząc na to, że „tym razem to na pewno będzie świetna gra”. Liczmy, a wydawcy niech liczą zyski. Dzięki temu to wszystko się w końcu kręci, prawda? Ktoś mógłby powiedzieć, że to krótkoterminowa strategia, że takie wydawnictwo jest skończone i nikt już nie kupi ich gier. Aha. Jasne. A jak to samo wydawnictwo wyda pięć gier z rzędu z błędami drukarskimi i wydawniczymi, z brakującymi elementami czy źle wydrukowanymi kartami, to też już nic więcej od nich nie kupicie? Błagam.

No dobrze, kończę już ten mój wywód, wracam do spisywania listy tytułów, w które chcę zagrać (i potencjalnie kupić) na Essen Spiel 2013. Do zobaczenia w kolejce do któregoś z naszych dealerów wydawców. Do zobaczenia przy odpakowaniu preorderów Maskarady. Przy odbieraniu z poczty kolejnych przesyłek z Kickstartera. Oby każda z nich była prawdziwym hitem. A nie tylko przehype’owaną wydmuszką.

Autor

Kuba Polkowski

Dociekliwy i nieustępliwy. Geek z wyboru. Fan popcornowego kina i polskiej fantastyki. Planszówki są jego sposobem na wzięcie głębokiego oddechu, dlatego szczególnie lubi eurogry, które wymagają dużego skupienia. Odpowiedzielny za Laboratorium Zasad na blogu Board Game Girl.